Przegrani tenisiści są wkurzeni

Przegrani tenisiści są wkurzeni

 

Niektórzy grają w tenisa po to, by zwiedzać świat i wyrywać laski. Inni grają po to, żeby wygrywać. Można odnieść wrażenie, że wygrywanie jest ważniejsze od wszystkiego innego. Serena Williams na przykład powiedziała, że nawet nie wie ile zarobiła w ciągu swojej kariery, bo dla niej liczą się endorfiny po wygranym pojedynku. Wiele lat zajęło Serenie, żeby po przegranych nie zwalać wszystkiego tylko na własną niedyspozycję, a zacząć doceniać też postawę rywalki (albo przynajmniej dała się przekonać ekspertowi od public relations, że tak trzeba, to wtedy będzie miała cieplejszy wizerunek).

Li Na, jej równolatka, z kolei ma tendencje do przenoszenia negatywnych emocji z meczu na konferencje prasowe. Kiedy rok temu szybko żegnała się z Roland Garros, dziennikarz zapytał o słowa wyjaśnienia dla narodu chińskiego. Tenisistka odparowała: „I co, może mam urządzać oficjalną ceremonię przeprosin?” W tym roku na Wimbledonie, po porażce z Czeszką Barborą Zahlavovą-Strycovą, zapytano Li Na o szanse Barbory w meczu z Woźniacką. „Nie interesuje mnie to. Ja już nie jestem częścią tego turnieju.” – powiedziała.

Rok temu Aga Radwańska po porażce z Lisicką, tak gorzkiej i bolesnej porażce, pytała retorycznie, czy miała jeszcze zatańczyć w oczekiwaniu na uścisk dłoni. Dobrym obyczajem jest nie robienie wywiadów z zawodnikiem tuż po porażce. Ale na turniejach różnie to wygląda i zwłaszcza codzienne media nalegają na choć krótką wypowiedź. Tego oczekują też kibice. Szukają jakiegoś słowa komentarza (a niektórzy, pewnie fani Li Na, jeszcze ceremonii przeprosin :-). Ja osobiście nie cierpię rozmawiać z tenisistą po przegranym meczu i wolę nie mieć cytatu, albo mieć jedno zdanie, niż kogoś męczyć. Chociaż faktycznie, są jednostki, które potrafią szczegółowo opowiadać także o porażkach, np. Dustin Brown. Jeśli my jako widzowie czujemy się wypruci psychicznie po jakimś spotkaniu i wkurzeni oraz zawiedzeni, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że tak samo czuje się tenisista.

Jeśli chodzi o polskie warunki, z reguły z naszymi tenisistami da się porozmawiać. Matka i Fryta to w ogóle wzory ludzi, których sukcesy i gotówka nie zmieniły. Łukasz Kubot zanalizuje wszystko piłka po piłce, pod warunkiem odbycia półgodzinnej sesji pod prysznicem. Michałowi Przysiężnemu raz zdarzyło się zignorować telewizję. A było to po bardzo bolesnej przegranej z Fallą na wrocławskim challengerze. Mecz się kończył około 23.00 i Polak nie wykorzystał tam miliona okazji. Poza tym z reguły opowie o wszystkim. Nasi mniej znani tenisiści jak Marcin Gawron czy Grzegorz Panfil również udzielają pełnych wypowiedzi.

No i jest jeszcze Jerzy Janowicz. Jego konferencję prasową po meczu Pucharu Davisa z Chorwacją wszyscy znają. A na Wimbledonie po pięciosetowej porażce z Tommy’m Robredo było tak (przypomnijmy: Polak rozegrał dwa słabe sety, chyba nieprzygotowany mentalnie na to, że zmieni się plan gier i równocześnie zostaną rozegrane wszystkie pojedynki singla. Potem obudził się normalny, dobry Janowicz i wygrał dwa kolejne sety. Ale w piątym do gry wrócił Hiszpan, który wygrał cały mecz.)

– Jeśli mam być szczery panowie, to nie mam ochoty rozmawiać – odparł Janowicz.

– To może choć powiedz, dlaczego nie masz?

– Zwyczajnie nie mam ochoty.

– Może ludzie w Polsce, którzy są twoimi kibicami, chcieliby się dowiedzieć, co masz do powiedzenia po takim meczu?

– Ludzie, którzy są moimi kibicami, dobrze wiedzą.

– Skąd mają wiedzieć, jak nic nie powiesz?

– Bo napiszecie mądry artykuł na pewno.

Na kolejnych kilka prób zadania pytania – o warunki na korcie, zdrowie, porę rozegrania meczu, Janowicz odpowiadał pojedynczymi słowami: Tak, nie. Dało się też wyłowić: – Myślałem, że dziś nie zagram…

Nieco więcej powiedział dopiero po chwili dziennikarzowi Polskiego Radia. – W piątym secie zabrakło trochę szczęścia, szkoda tego pierwszego gema w piątym secie. Zabrakło szczęścia, i tyle…. Nie wiem, czy byłoby lepiej, gdyby spotkanie było przerwane przez zapadające ciemności… Ciężko gdybać… Robredo zagrał dobrego gema przy moim serwisie…. Szkoda tego 30:0 na początku…. Ten turniej nie był jednak taki zły, mam nadzieję, że pomoże mi się odbudować. Jest mi źle z tym, że ten mecz tak się skończył. Ale jestem już myślami przy kolejnym turnieju, wybieram się do Bastad i Hamburga.

Źródło: sport.pl

W ankiecie pod artykułem zdania są podzielone. 41% osób twierdzi, że Janowicz miał prawo odmówić komentarzy, 59% mówi, że powinien udzielić wyjaśnienia kibicom. Ale mimo początkowych humorów w końcu jednak ochłonął i to zrobił, więc może pytanie powinno brzmieć, czy tenisistom wolno mieć zły humor po ciężkich porażkach przy dziennikarzach?

I tu muszę powiedzieć, że nasza Radwańska mi zaimponowała w Katowicach, bo widać było, jak jest przybita po przegranej z Cornet. Miało z nią nawet nie być konferencji, czekaliśmy na Alize. I wtedy przyszła Aga, i mocno wzięła wszystko na klatę. Spędziła z nami ok. 15 minut. Nawet dobrze, że na koniec padły luźniejsze pytania o Wielkanoc.

A tak brzmią fragmenty konferencji prasowej mistrza elegancji Rogera Federera, po przegranej z Rafą Nadalem na Wimbledonie w 2008 roku:

– Czy podziękowałeś za deszcz? Pierwsza przerwa deszczowa chyba ci pomogła?

– Słuchaj. Nie wiem.

– Mogłeś odnaleźć swoją grę.

– Nie wygrałem finału, więc chyba mi nie pomogła.

– Może było za ciemno, żeby grać?

– Co mogę ci odpowiedzieć na to pytanie?

– Może wynik byłby inny niż przy graniu w ciemności?

– Ciężko powiedzieć. Mecz się skończył. Po co to rozwlekać?

Z punktu widzenia public relations tenisista musi trzymać język za zębami, wtedy będzie lubiany od lewa do prawa, bo ze wszystkiego się wytłumaczy i nie zrobi nic kontrowersyjnego. Ale nawet powszechnie uwielbiana Kim Clijsters toczyła w belgijskiej prasie wojenki z Justne Henin, a nazywana „maszynką do robienia pieniędzy” Maria Szarapowa powiedziała o Serenie Williams, żeby się lepiej zajęła swoim chłopakiem, który jest żonaty i ma dzieci. Na szczęście, tenis to nie polityka, bo te pojedyncze rzeczy dłużej by się za gwiazdami ciągnęły.

Ale lepiej sobie poradziła ostatnio Karolina Woźniacka, którą dość bezceremonialnie pytano o dobry wynik na Wimbledonie jako efekt rozstania z Rory’m McIlroy’em. „Wiem, że wszyscy chcą traktować mnie jak ofiarę. Prawda jest taka, że zawsze byłam niezła na trawie, a w ostatnich latach po prostu nie miałam szczęścia, np. rozegrałam morderczy pojedynek z inną specjalistką od tej nawierzchni, Tamirą Paszek, i szybko odpadłam. To nie było połączone z moim związkiem”. Prosto i skutecznie. Brawo.

Tenisiści, podobnie jak wszyscy sportowcy, muszą stale wyznaczać sobie nowe cele, żeby nie rozpaczać po porażkach. Wnioski z ważnych porażek, owszem, ale trzeba szybko skoncentrować się na nowym zadaniu, żeby nie zwariować od nadmiaru negatywnych emocji. Chinka Li Na ożywiła się na konferencji, gdy zaczęto ją pytać o następne turnieje na kortach twardych. „Zagram Montreal i Cincinnati, nie mogę się doczekać. Miałam słaby sezon na mączce i trawie, dlatego cieszę się, że zaczynam nowy etap na korcie twardym”. Janowicz myśli już o Bastad i o Hamburgu.

Na Wimbledonie zostaje Aga, której życzymy zwycięstwa, albo przynajmniej porażki w mniej dramatycznych okolicznościach :-).

Pozostałe artykuły:

About the author